Minęło już 17 lat od śmierci Layne'a Stanley'a

Weronika Kawecka
05.04.2019 15:08
A A A
kard z klipu Alice In Chains

kard z klipu Alice In Chains "Man in the Box" (YouTube)

Wychował go tee-ball, a zabił speedball...

5 kwietnia 2002 roku w Seattle zmarł wokalista zespołu Alice in Chains. Layne Stanley przedawkował mieszankę heroiny i kokainy. Martwego znaleziono go dopiero 19 kwietnia. Tego dnia matka muzyka otrzymała informację, że na jego rachunku bankowym od dwóch tygodni nie odnotowano żadnych transakcji. Zwłoki Stanleya leżały na kanapie w stanie zaawansowanej dekompozycji w otoczeniu strzykawek i inych akcesoriów służących do przyjmowania narkotyków. Nazajutrz odbyła się nieformalna nocna ceremonia żałobna przy International Fountain, w której wzięło udział dwustu fanów zespołu Alice in Chains oraz Jerry Cantrell, Mike Inez, Mike Starr, Sean Kinney, Chris Cornell, Eddie Vedder, Jeff Gilbert i Susan Silver.


Layne dosyć wcześnie zetknął się z narkotykami, co z czasem doprowadziło go do silnego uzależnienia od substancji psychoaktywnych. Cała twórczość zespołu Alice in Chains oparta jest na narkotykach. Podobnie z Mad Seassion, czyli zespołem, który właściwie został utworzony na heroinowym gruncie. Temat uzależnienia wokalisty często przewijał się w wywiadach. Nie bez powodu, ponieważ narkotyki miały bezpośredni wpływ na koncerty, a także w pewnym stopniu losy obu zespołów.


Swoje doświadczenie z pobytu w ośrodku odwykowym Layne wykorzystał podczas tworzenia płyty Dirt. Kawałki „Sickman” i „Junkhead” z drugiego albumu studyjnego stanowią opis walki frontmana z nałogiem. Cała płyta, utwór po utworze, prowadzi od gloryfikacji narkotyków do stanu zupełnie odwrotnego, z jakim przyszło się zmagać wokaliście. Stanu, który ostatecznie doprowadził Stanley'a do śmierci.

Więcej o:

SŁUCHAJ ROCK RADIA