The National w Stodole

Ciężko tak naprawdę opisać jak dobry był ten koncert, powyższe kilka zdań to zaledwie namiastka tego co działo się na występie amerykanów. Nie było ani jednego momentu do którego można się było przyczepić, a po koncercie słychać było opinie ludzi, że był to najlepszy koncert na jakim byli.

Bilety wyprzedane ponad miesiąc temu, tłum oczekujący na zespół, i atmosfera taka, jakby do Polski przyjechał co najmniej Coldplay - to wszystko sprawiło, że oczekiwania przed koncertem The National były ogromne. Gdy dotarłem na miejsce dało się to wręcz wyczuć, atmosfera w Stodole była gorąca i pełna napięcia. Pustki w pełnym zazwyczaj barze, pustki przy szatniach, a główna sala upchnięta do ostatniego człowieka. I nawet mimo półgodzinnej obsuwy nie dało się usłyszeć ani jednego słowa skargi, bo ludzie chyba przeczuwali co zaraz się stanie. I gdy zespół wyszedł, złapał za instrumenty, a Matt po krótkim przywitaniu zaczął śpiewać ludzie po prostu oszaleli. Idealnie dobrane światła, wizualizacje na wielkim ekranie za muzykami, poprawiona w końcu akustyka Stodoły i muzycy którzy w ogóle się nie oszczędzali - to wszystko dało mieszankę która porwała ludzi nawet z samego końca sali. Kawałki takie jak Bloodbuzz Ohio czy Anyone's Ghost, wyśpiewane razem z publiką sprawdziły się świetnie i nabrały prawdziwej mocy, której czasem ciężko było doszukać się na płycie. Muzycy wydawali się bardzo skupieni na tym co robią, jednak po każdym kawałku wracali na ziemie, rozmawiali z ludźmi a Matt co chwilę schodził pod barierki. Kulminacją tego wszystkiego był spacer wokalisty po całym klubie i w pewnym momencie jedyne co można było zobaczyć to las rąk ciągnących ponad głowami kabel od mikrofonu. Nie często się zdarza, że muzycy są tak blisko ze swoimi fanami i okazują to w taki sposób Oczywiście gdy zespół zszedł ze sceny ludzie nie pozwolili by koncert zakończył się tak szybko. Po olbrzymim aplauzie The National wrócił na długiego bisa i zakończył go kawałkiem Vanderlyle Crybaby Geeks który rozciągnął się do ponad dziesięciu minut wspólnego śpiewania bez mikrofonów, bez instrumentów za to z wszystkimi muzykami na przedzie, prawie wśród fanów

A na osłodę wszystkim którym nie udało się dotrzeć - wywiad ze Scottem Devemdorfem:

Bartosz Filipowicz: Gdy graliście na OffFestivalu zwiedziliście Auschwitz. Może tym razem udało Wam się zobaczyć jakiś weselszy wycinak naszej historii?

Scott Devemdorf: W zasadzie dotarliśmy do Warszawy w połowie dnia, więc nie mieliśmy szans na zwiedzanie, ale za to było bardzo słonecznie więc wybraliśmy się na spacer, więc było o wiele mniej depresyjnie niż podczas Off Festivalu.

BF: Istniejecie już 11 lat - czy scena muzyczna, scena rockowa, zmieniła się przez ten czas?

SD: Tak, na pewno! Scena, czas, ludzie, miejsca w których graliśmy, wszystko wygląda inaczej. Ale ciężko powiedzieć w jaki sposób, bo dla każdego kto zaczynał od zera a stał się znany wszystko bardzo się zmieniło. Zmieniła się zarówno nasza perspektywa jak i muzyka którą gramy. Scena muzyczna jest teraz większa, jest o wiele więcej aktywnych, koncertujących zespołów które stały się popularne dzięki Internetowi. Teraz jest łatwiej zacząć zespołowi niż 10 lat temu. Można pojawić się znikąd, nagle nagrać płytę i zawsze mieć tłum na koncertach. To jest świetne...

BF: Często można się dziś spotkać z zespołami, które nawet nie nagrały płyty a już mają tłum fanów. Wy podobno na początku kariery, graliście często dla garstki ludzi...

SD: Tak, daliśmy milion występów na które nikt nie przyszedł... No może trochę przesadziłem z tym milionem, ale rzeczywiście teraz łatwiej dowiedzieć się ludziom o jakimś zespole, wystarczy, że nagrają jedną EPkę, albo nawet jedną piosenkę a i tak mnóstwo ludzi przyjdzie na ich koncert. 11 lat temu nie było tak łatwo.

BF: Był w ciągu waszej kariery jeden moment, który dał wam kopa albo okazał się bardzo ważną lekcją?

SD: Jeden moment? Nie wiem, było ich raczej wiele. Już samo podróżowanie po świecie dało nam wiele ważnych lekcji. Bardzo ważną dla nas było na przykład samo przebywanie w trasie. Nie zawsze mądrze ją planowaliśmy, wracaliśmy ciągle do tych samych miejsc... Chociaż one pokazywały nam jak się rozwinęliśmy - za każdym razem koncert w tym samym miejscu był większy a ludzie lepiej reagowali na naszą muzykę, znali płyty. Ciągle koncertujemy właśnie w ten tradycyjny sposób, zaraz po wydaniu płyty wracamy do stałych miejsc... Chociaż pewnie wszystkie zespoły które trwają więcej niż 6 miesięcy robią podobnie. Czasem powstają rzeczy, którymi wszyscy są zachwyceni ale chwilę później znikają. Nam zawsze chodziło o to, by pozyskiwać wiernych, wytrwałych fanów i choć nie jest to najszybszy sposób, to jest chyba najbardziej satysfakcjonujący. Tego się właśnie nauczyliśmy...

BF: Życie w ciągłej trasie jest trudne?

SD: Tak, odrobinę trudne. Ludzie postrzegają trasę jako coś świetnego - podróżujesz po wszystkich miejscach na ziemi i w ogóle... I pewnie, to jest świetne, ale prawie nigdy nie mamy czasu by zobaczyć to wszystko co byśmy chcieli, trzeba opuszczać miejsca do których przyjechaliśmy zaraz po koncercie. Nie przyjeżdżamy do żadnego z tych miejsc na wakacje, to normalna praca. Daje to poczucie pewnej niestałości, często się zastanawiam czy mam jeszcze jakiś dom, miejsce do którego mogę wrócić. Ale zawsze staramy się wynieść coś z miejsc do których trafiamy...

BF: Jesteście często porównywani do zespołów z Wielkiej Brytanii. Czujecie się outsiderami amerykańskiej sceny muzycznej?

SD: Nie, nie sądzę. To znaczy, w pewnych kwestiach się z tym zgadzam, są momenty gdy brzmimy bardzo brytyjsko, zawsze uwielbialiśmy zespoły z UK. W sumie najwięcej naszych ulubionych artystów pochodzi z Wielkiej Brytanii, czy to z lat 80tych, czy 90tych... Bardziej jesteśmy jak kulturowy mix dwóch krajów, Wielkiej Brytanii i USA. W naszej muzyce bardzo dużo surowego brzmienia rodem z Ameryki. Wszyscy jesteśmy wielkimi fanami starych, amerykańskich artystów, takich jak Bob Dylan, Neil Young, który w sumie jest z Kanady, ale to w zasadzie północ USA (śmiech)... Amerykański blues i rock też mają na nas duży wpływ... No i taki dziwny mix to właśnie nasza muzyka.

BF: Gdy nagrywaliście High Violet byliście świadomi tego z jak pozytywnym odzewem się spotka?

SD: Nie, nie byliśmy świadomi. Przeczuwaliśmy, że będzie lepiej niż przy okazji poprzedniej płyty, bo każda nasza następna spotykała się z lepszym odzewem. Nie myśleliśmy czy będzie ona popularna, po prostu nagrywaliśmy muzykę, którą kochamy. Wiedzieliśmy, że ludzie będą ją komentować, że będą jej słuchać, ale nie wiedzieliśmy, że odniesie tak duży sukces...

BF: Gracie ją na koncertach od ponad roku. Nadal ma tą samą moc?

SD: Tak, chociaż, gdy tylko skończymy nagrywać płytę, kawałki które gramy zaczynają żyć własnym życiem. Zmieniamy je muzycznie, nabierają innej energii. To jest nasz 4ty albo 5ty raz w Polsce i zawsze fajnie jest pojechać na wschód i dowiedzieć się, że ludzie znają wszystkie nasze teksty i piosenki, śpiewają z nami i są bardzo podekscytowani tym, że gramy. To nam się nigdy nie znudzi... Tłum zawsze napędza nas energię i bardzo się staramy wypaść dobrze. No i nie chcemy być gównianym zespołem...

BF: Chyba żaden zespół nie chce

SD: Wątpię czy jakiś chce, ale rzeczywistość zawsze to weryfikuje.

BF: Następną płytę też nagracie w waszym domowym studio?

SD: Tak myślę, a przynajmniej tam zaczniemy, bo ostatnio wyszło świetnie. High Violet była pierwszą płytą którą tam nagraliśmy i wyszło bardzo dobrze. Wiele się nauczyliśmy o dźwięku, organizacji studia, więc tak, pewnie tam zaczniemy nagrania...

BF: A jest już zarys następnej płyty?

SD: Niezupełnie. jesteśmy w połowie trasy koncertowej a nie jesteśmy najlepsi w komponowaniu w podróży... Mamy jasny podział czasu - trasa, nagrywanie, trasa, nagrywanie. Mamy oczywiście parę zamysłów, ale kto wie w jaką stronę to wszystko pójdzie po trasie.

BF: Matt w jednym z wywiadów powiedział, że przy tworzeniu High Violet mieliście melodie i zamysły na kawałku długo wcześniej niż teksty. Łatwiej wam się pisze muzykę?

SD: Nie wiem, to raczej pytanie do niego, bo on jest odpowiedzialny za wszystkie teksty, ale rzeczywiście, wydaje mi się, że wychodzi z nas znacznie więcej muzyki niż tekstów. Chociaż Matt ma bardzo dużo pomysłów to zawsze jest bardzo krytyczny w stosunku do tego co napisał, więc wiele rzeczy ląduje w koszu... Czasem pisze ze swoją żoną, Karen, która jest pisarką. Często dopasowanie dobrego tekstu do odpowiedniej melodii jest najtrudniejszą częścią w powstawaniu nowego kawałka.

BF: Gdy muzyka łączy się z polityką, jak w przypadku waszego poparcia dla Obamy, zawsze powstaje pytanie - po co?

SD: Nie wiem po co... Nie jesteśmy politycznym zespołem, nasze teksty nie oscylują w tych tematach, nie jesteśmy Rage Against the Machine. To w jaki sposób nasza muzyka miesza się z polityką jest w pewien sposób organiczne. To nie tak, że siadamy i piszemy piosenkę na polityczne zamówienie, albo o polityce w ogóle. Wszystkie nasze kawałki są bardziej osobiste, odzwierciedlają nasz stan ducha, mówią o kondycji świata, albo związków międzyludzkich. I możesz interpretować je w polityczny sposób, ale w sumie wszystko możesz tak interpretować! To wyszło bardzo naturalnie, że nasza piosenka została użyta w kampanii wyborczej Obamy, odbyło się to przez naszego znajomego reżysera. Nie sądzę, że prezydent usłyszał tą piosenkę i pomyślał - ok, to jest TA, jedyna piosenka. Ona wpadła po prostu w tryby kampanii wyborczej. Później zagraliśmy koncert po jego wielkim przemówieniu, ale ciągle nie myślę o nas jako o zespole zamieszanym w politykę. Jesteśmy o wiele bardziej skupieni na humanitarnych problemach. O wiele bardziej zaangażowani byliśmy w całą akcję "Dark Was the Night" z której dochód przeznaczony był na walkę z AIDS w krajach trzeciego świata, i to właśnie w tą stronę chcielibyśmy się w przyszłości skłaniać. Chcemy dalej pomagać organizacji Red Hot i zbierać dla niej środki na takie właśnie akcje.

BF: Matt powiedział kiedyś bardzo znaczącą rzecz - że Obama to JFK naszych czasów. Zgadzasz sie z tym?

SD: Tak, to bardzo możliwe. Jest najciekawszą postacią która pojawiła się w naszej polityce w zasadzie przez całe moje życie. Robi bardzo wiele, stara się robić jeszcze więcej, i pozostaje nam tylko czekać na to, w którym kierunku pójdzie to wszystko...

BF: Jak to się stało, że nagraliście piosenkę So Far Around the Bend, która w mniemaniu wielu jest najlepszym kawałkiem rockowym w 2009 roku, na kompilację "Dark Was the Night"?

SD: To był kilkuletni proces. Byliśmy w trasie i nasze drogi skrzyżowały się z wieloma postaciami które znaliśmy albo dopiero poznaliśmy, między innymi z członkami organizacji Red Hot. Aaron pracował wcześniej dla Funny Garbage którzy znali się z red Hot bardzo dobrze. I jako, że powstawał właśnie zamysł nagrania czegoś na potrzeby kampanii przeciw AIDS, poprosili nas o współpracę. Na początku nie wiadomo było czy to będzie koncert czy płyta, mówiło się o jakimś wielkim występie, ale na końcu zebrało się tyle zespołów grających indie rock, że nie pomieścilibyśmy się na jednej scenie. Stąd pomysł na płytę. Prawie wszystkie zespoły poruszały się w gatunku indie rocka, ale były to na prawdę kapele z każdego zakątka ziemi. Płyta wyszła świetnie, zebrała mnóstwo pieniędzy na walkę z AIDS więc spełniła wszystkie swoje założenia.

BF: Jesteście fanami Dostojewskiego. Jego trudna proza odzwierciedla waszą muzykę?

SD: Chyba tak! Matt czyta najwięcej, choć bardzo unika bycia postrzeganym jako fanatyk literatury. Chyba trochę podświadomie przemyca wszystkie literackie wątki do naszej muzyki. Czerpie też wiele z filmów i życia codziennego. Nie wiem jak wiele jest Dostojewskiego w naszej muzyce, ale jedno mogę powiedzieć na pewno - jest wielkim pisarzem!

 

 

 

 

 

SŁUCHAJ ROCK RADIA