Płyta tygodnia: Sticky Fingers - stadionowe bum, czyli jak pokochać płytę dzięki koncertowi Stonesów [FELIETON]

Jan Tracz
22.06.2020 12:26
A A A
The Rolling Stones - Sticky Fingers

The Rolling Stones - Sticky Fingers (Redakcja)

Sytuacja sprzed dwóch lat, bardzo pamiętna i całkiem gwałtowna - przy tym prosta, aczkolwiek stawiająca (mnie, autora tego tekstu) w położeniu całkiem tragicznym. Bowiem nie ma dla muzycznego wyjadacza gorszej informacji niż fakt, że ktoś podchodzi do klasyki z tak namacalną ignorancją. Imperatyw stworzony przez fanów istnieje od lat i wciąż pozostaje ten sam - pojechanie na koncert The Rolling Stones przy znajomości ich dwóch albumów brzmi jak. bluźnierstwo! A jednak wyjdę na przekór jakimkolwiek awersjom i pokażę, jak takie imprezy potrafią zachęcić do zredefiniowania pewnych opinii. I zapewniam, opowieść ta ma wielki związek z albumem .

Mamy czerwiec 2018, trzydzieści stopni, zaduch, klimatyzacja w jednym ze sklepów handlowych nie działa, a ja – niepewny, bo skuszony jedynie atrakcyjną ceną – stoję w kolejce i trzymam czarny krążek. Rzecz jasna nie byle jaki, Some Girls z 1978 roku, oczywiście Stonesi, do tego dochodzą na szybko przeczytane recenzje; Internet wydał werdykt – krytycy wychwalają jej całą budowę, także i pociągające wykonanie wszystkich utworów. Nagranie praktycznie idealne, czego chcieć więcej? Cóż, „brzmi dobrze”. Obok wiele innych płyt, od The Beatles po Eltona Johna, postawiłem natomiast na „ulicznych fighterów” z dwóch powodów. Pierwszy jest zakleszczonym we mnie cytatem Piotra Stelmacha, który zawsze powtarzał, że „Stonesi zrobili z niego prawdziwego mężczyznę”. A drugim? Totalny brak znajomości ich dyskografii. No, może zdarzyło się śpiewać na imprezach o pewnej satysfakcji…

Następuje przesłuchanie. Potem następne. I jeszcze jedno. I powtórka. Dziesiąty raz, dwudziesty, trzydziesty. I tak w kółko, zapętlam niczym ulubione albumy, nie wiem nawet, co jest lepsze – ich zgranie wraz z gitarowymi brzmieniami, czy seksapil płynący z nieoczywistego głosu Micka Jaggera. Jaka to taneczna płyta! Ile w tym pasji, wigoru, energii, zaangażowania, tego nie da się nie kochać. W tym samym czasie słuchający mnie Google podsuwa mi reklamę: „The Rolling Stones w Warszawie! Już za miesiąc”. Patrzę, oczy nie chcą wierzyć, serce pulsuje, ale ta informacja nie jest żadną fatamorganą. Z łatwością domyślam się, że raczej inna okazja się nie nadarzy. Jechać na koncert ze znajomością jednego albumu? Ha! Nie takie rzeczy się robiło, miał być Bryan Adams, będzie Keith Richards.

Dwa tygodnie do koncertu, a mnie w tym czasie wywiało do Londynu, gdzie przechadzam się przez Oxford Street – albo przemierzam jej bezkres, jej długość nie ma sobie równych. Mimo wszystko każda mała uliczka kusi, ląduję na ulicy Puławskiej (sic!) w jednym z wielu klimatycznych sklepów winylowych. Coś w rodzaju święta muzyki, a dzięki temu – promocje, pełno promocji, które nawet dla turysty z Polski stają się bardziej niż pociągające. A wśród nich Sticky Fingers, jeden z najlepiej ocenianych tytułów Stonesów. Akurat kończę Beggars Banquet, muszę kontynuować mój niezwykle udany czas ze Stonesami. Co album, tam masa emocji i pozytywne emocje. Do czasu, bo przecież cały ten rytm zaburzyło Sticky Fingers. Słucham i zadaję konkretne pytanie: „Jak to mnie nie zachwyca, skoro tysiąc razy czytałem, że zachwyca i będzie zachwycać?”. Nieustanny brak odpowiedzi towarzyszył mi aż do dnia samego koncertu.

Początek lipca, jestem w drodze na rendez-vous z Warszawą, a mojemu słuchaniu towarzyszy (prawdopodobnie) najgorsza podróż autobusem w historii wszelakich wojaży. Do obrzydzonej jazdy grają Stonesi, wciąż staram się dać szansę wspomnianemu Sticky Fingers. Bo on ma swoje momenty, są chwile, gdy naprawdę potrafię się przy niej dobrze bawić. Na przykład weźmy na warsztat takie Bitch. Perwersyjny kawałek z taką mocą, która na pewno sprawdza się na koncertach. Od początku skoczny, od pierwszych sekund wstrząsa słuchaczem, ale i zaprasza w swe żywiołowe progi, przy tym numerze

otaczająca nasz rzeczywistość staje się jakaś surowsza, twarda, wszakże spoglądamy na nią z brytyjską delikatnością. Czuć ten dysonans, ale i piękno utworu. A kończąca album ballada Moonlight Mile? Jakie to idylliczne, zachwycające, z bezpretensjonalnym patosem! A Brown Sugar? Jak on to zaśpiewał, ja te zwrotki Jagger akcentuje, z jaką pewnością siebie wykonuje tę napastującą piosenkę! Wszakże te odczuwałem, tak całej reszty po prostu nie kupowałem.

I na warszawskim stadionie, chociaż w ogóle niedostosowanym do muzycznych standardów, cuda działy się największe, czas ten zaszczepił jakby we mnie jeszcze większą dozę miłości do Stonesów, w głównej mierze przez wykonanie paru utworów ze Sticky Fingers (w tym doskonale zagrane Bitch). Wielkie stadionowe bum, tak można nazwać koncert The Rolling Stones na Narodowym. Doświadczenie ujmujące, także świadczące o tym, jaką potęgą (ogólnie) jest czwórka starszych panów z Londynu. Po zakończeniu tej wdzięcznej muzycznej uczty nadal pełen dziecięcego entuzjazmu, postanowiłem ostatni raz dać szansę nagraniu z 1971 roku. Następne, co pamiętam, to zdziwienie, czy na pewno puściłem tę samą płytę, skoro ta jest pięć razy lepsza. Tytuł się zgadza, zawartość też! Dostrzegłem epickość Can’t You Hear Me Knocking, od tego czasu te siedem minut za każdym razem wyzwala pokłady niezbadanego wcześniej ognia. Tak samo z Wild Horses, to kolejna gorącokrwista ballada ze sztandarowym Wild horses couldn't drag me away/Wild, wild horses couldn't drag me away. I tak właśnie było, żadne dzikie konie nie mogły odciągnąć mnie od słuchania Sticky Fingers.

Czasem na to wychodzi, że w muzyce potrzebujemy jakiegoś skrytego pstryczka, który włączy w nas namiętne, euforyczne uczucie do danego albumu lub piosenki. Chciałbym zatem zamanifestować nowy, personalny kanon młodego wyjadacza: dajcie muzyce czasu, nie poprzestawajcie na jednym czy drugim przesłuchaniu. Jest ona wymagająca, potrafi być niewdzięczna, ale kiedy zaiskrzy, chemia między wami już na zawsze stanie się wyczuwalna.

SŁUCHAJ ROCK RADIA