The Beatles - "Revolver" - 54 lata od premiery, czyli perfekcyjne kadrowanie

Czym jest perfekcyjne kadrowanie? To niczym uchwycenie momentu idealnego. Chwili, która zostaje z nami na dłużej, bo mamy możliwość wracania do niej, sposobność nieustannego odtwarzania tych kilkudziesięciu sekund lub minut. Wydawać się może, że jest to nieopisana zdolność, to perfekcyjne kadrowanie właśnie; pozwala w kółko przeżywać przeszłość, ta natomiast zamienia się w teraźniejszość - przy odtworzeniu trwa, od początku do końca zdaje się wykraczać poza wszelakie ramy czasowe. Zatem jest to czymś w rodzaju maszyny czasu, urządzenia pozwalającego zatrzymać go, wyselekcjonować i wyłuskać najistotniejsze detale, obrobić go według własnego mniemania.

54 lata temu zrobiła to czwórka z Liverpoolu, a ich małe dzieło nie tylko przetrwało próbę wkroczenia w nowe stulecie, ale wciąż ma się bardziej niż dobrze. Jako że nadal zaskakuje słuchaczy swą szorstką prostotą, przy tym wygląda niczym furtka do dywagacji na temat grubiańskiej prymitywności, ludzkiej trywialności, czy transcendentnej śmierci. I choć są to trudne słówka, tak podkreślam, produkt z czarno-białą okładką jest kompletnym odejściem od prostolinijnego stylu prezentowanego przez Beatlesów w poprzednich nagraniach. Widzimy (i czujemy) większy wpływ Harrisona, arabskie brzmienia, czy innowacyjne wstawki dźwiękowo-instrumentalne. Słychać przy tym nową jakość w produkcji, która czyste dźwięki zamienia w nieczyste, i vice versa.

Jak pisałem wcześniej, Revolver jest często szorstkim, wymagającym dla słuchacza albumem. Na pewno nie intelektualnym, bo żadna muzyka nie jest i nie będzie elitystyczna. Jednak jej liryzm i nowość w użytej tonacji – mającej na celu stworzenie zwięzłego, harmonijnego nagrania – mogą stanowić wyzwanie dla mniej obeznanego w dźwiękach słuchacza. Nie zmienia to faktu, że ostatnią rzeczą, jaką należy zrobić, jest odłożenie płyty po trzech pierwszych przesłuchaniach.

Nie pomaga przy tym ułożenie utworów, na zmianę gwarantujące lekką zabawę z psychodeliczną przejażdżką (np. tuż po szyderczym Taxmanie wkraczamy od razu na tereny przejmującej Eleanor Rigby). Premiera płyty miała miejsce w tym samym czasie, co niesławny cytat Johna Lennona przyrównujący Beatlesów do Jezusa. Stąd też Revolver zdaje się być czymś w rodzaju „Boskiej komedii” Dantego; kiedy płyta była nagrywana, a następnie miała wchodzić do sklepów, poprzednie albumy paliły się na amerykańskich stosach. Album ten staje się wejściem do piekła, miejsca o nieznanych człowiekowi dźwiękach, albo i traktatem na temat opozycyjnych do siebie wartości. Dobro miesza się tutaj ze złem, uczucie w piosenkach miłosnych posiada przeróżne finały, a LSD staje naprzeciw normalności dnia codziennego. Obrotowość siódmego albumu studyjnego (nazwa Revolver wywodzi się od angielskiego „revolving” – po polsku: „obrotowy” ) polega na mieszających się przeciwnościach; z początku ani trochę nie pasują do siebie – zwróćcie uwagę na cudaczne umiejscowienie Here, There and Everywhere pomiędzy Love You To i Yellow Submarine. Jak powszechnie wiadomo, umiejętne umiejscowienie utworów pozwala dobrze spamiętać kolejność kompozycji na danym nagraniu. Co więcej, pozorny chaos okazuje się być sterowany przez Beatlesów – zaczynamy doceniać te różnorodne odcienie bezładu wtedy, kiedy rozpracujemy chronologię tytułów.

Dlaczego by nie potraktować tego jako chęć przekazania mocy twórczej reszcie zespołu (a przynajmniej George’owi, skoro Ringo Starr nigdy nie posiadał takich umiejętności, jak reszta Beatlesów). Zazwyczaj przyzwyczajali słuchaczy do utworów ze stajni Lennon-McCartney, teraz jednak mamy tu do czynienia z „hinduską arabeską” Harrisona. Praktycznie na zmianę słyszymy kompozycję i przodujący wokal każdego z nich, sam Revolver skupia się przecież mniej na chórkach, do których chłopcy przyzwyczajali nas jeszcze parę lat wcześniej, a na indywidualnych uzdolnieniach. Paul McCartney skupia się na miłosnych przygrywkach (Rigby, Everywhere, For No One), rozpieszczając przy tym serca najczulszych słuchaczy. George Harrison lubuje się w egzotycznych brzmieniach, a jego Taxman i Love You To są jedynie wstępem przed pustynnym odlotem znanym z przyszłych albumów. A John Lennon, jak to John, znajduje się gdzieś pomiędzy tą dwójką – hołduje do swojego romansu z narkotykami w I’m Only Sleeping i Tomorrow Never Knows (polecam również zapoznać się z fantastycznym coverem tej piosenki w wykonaniu Phila Collinsa na płycie Face Value), ale i ma coś do powiedzenia na temat samych związków (She Said She Said). Te dwa tytuły są niczym imitacja psychodelicznego tripu, czy próba uchwycenia chwili na narkotykach. Przeciwieństwem do nich będzie choćby czułe i oszczędne w środkach Eleanor Rigby, opowiadające prostą, nieuzupełnioną historię pewnej tragicznie zmarłej kobiety – nie ma bowiem nic gorszego, jak śmierć wynikająca z przepełnionej jałowością samotności.

Każda z wymienionych kompozycji jest niczym innym jak perfekcyjnym kadrowaniem, chwytaniem chwili jak lecącej na wietrze ulotki, albo portretowaniem danego momentu z zarówno pierwszej, jak i trzeciej osoby. To jak uchwycenie ohydnego pejzażu przez profesjonalnego fotografa. On nawet w makabresce potrafi uchwycić sztukę. A tutaj, wyobraźcie sobie państwo, mamy trzech fotografów i jednego asystenta. Brzmi jak bezbłędny projekt.

SŁUCHAJ ROCK RADIA