Toto "Africa": fenomen wynikający z nieukrywanej szczerości

Jan Tracz
01.09.2020 11:39
A A A
Singiel Africa grupy Toto na winylu

Singiel Africa grupy Toto na winylu (materiały prasowe)

I są takie piosenki pośród słuchaczy, które charakteryzują się nie tyle zapisanym gdzieś statusem kultowości, a bardziej umiejętnym pochłonięciem odbiorcy. Wywołują w nim uwielbienie, a płynie ono prosto z ludzkiego serca, jest to wymiana barterowa - człowiek odwdzięcza się pielęgnacją uczucia, natomiast sama muzyka wyzwala w nim coraz to nowsze emocje z każdym odsłuchem. Nie ma bowiem osoby nieczułej na spokojne dźwięki i dwa pierwsze wersy: . A później dzieje się o wiele więcej, a podczas refrenu pozostaje się przenieść na afrykańską sawannę, odczuwać pustynne tereny niczym podmiot liryczny najbardziej znanego nagrania Toto.

Do dzisiaj powstało tysiące przeróżnych interpretacji powyższej kompozycji, a sam fanbase kawałka (z angielskiego: krąg fanów) znacząco rozwinął się w ciągu ostatnich kilku lat. „Africa” święciła ogromne triumfy na przestrzeni lat osiemdziesiątych, a nagle wróciła do łask internautów, stając się czymś w rodzaju międzynarodowego hymnu wszystkich tych, którzy stale i znacząco interesują się YouTube’owymi trendami. Covery i wszelakie przeróbki codziennie otrzymują statusy tzw. virali, a użytkownikom nic nie stoi na przeszkodzi, by co jakiś czas wracać do swoich ulubionych wersji, albo raz jeszcze przesłuchać ukochanego oryginał. „Africa” na platformie Spotify ma aktualnie 843 milionów odtworzeń, zaś na YouTube blisko 600. Jednak gdy połączymy wszystkie popularne, fanowskie wersje, tak liczba ta będzie bliska magicznemu miliardowi. Koniec końców, popularność ta wynika z narracyjnej szczerości samej kompozycji. Popkultura odwdzięczyła się ogromnym uwielbieniem, ponieważ zobaczyła w tej piosence własne imaginacje, a także szczyt muzycznej prostoty. Ludzie odczuwają „Africę”, bo Bobby Kimball śpiewa w refrenie o swojej małej Afryce. A każdy ze słuchaczy wgłębi duszy marzy o czymś w rodzaju własnej Afryki.

A jej imię… Afryka

„Africa” zostaje wydana na albumie „Toto IV” z 1982, prędko stając się hitem w wielu krajach, sprzedając się w pięciu milionach egzemplarzy już w samych Stanach Zjednoczonych. Skąd dokładnie to zachłyśnięcie się „Africą”? Po części, wynika to z samej liryki, gdzie wyśpiewywujący treść narrator dokonuje w piosence uczuciowego coming outu; nie wstydzi się on tego, że ciągnie go do… Afryki. To jej dedykuje hymn miłosny, przy tym nie szczędzi pięknych porównań i pragnie w pełni pokazać, że to coś więcej niż młodzieńcza afektacja. Ukazuje to choćby kontrastując dwa podejścia do tego mitycznego miejsca. Starszy człowiek w pierwszej zwrotce mówi narratorowi, by pośpieszył się, bo czeka TO [miejsce] na niego („Hurry boy, it’s waiting there for you”). Jednak w późniejszym przejściu podmiot subtelnie mówi o Afryce niczym o kochance, miejsce staje się NIĄ („Hurry boy, she’s waiting there for you”). Cała „Africa” opowiada tak naprawdę o podróży do Afryki, o tym, w jaki sposób zakochany człowiek oczekuje lądowania („Her moonlit wings reflect the stars that guide me towards salvation”), a wspomniane zbawienie to będzie właśnie pobyt w tej wyśnionej krainie. Wielką moc mają słowa o tym, jak trudno będzie odciągnąć zakochanego od jego kochanki, iż nawet stu mężczyzn nie da rady zawlec go do miejsca z którego przyleciał („It’s gonna take a lot to drag me away from you/There’s nothing that a hundred men or more could ever do”). Rewelacyjnie obrazuje to także teledysk, wyjściowo niby z lekka oniryczny, na koniec (metaforycznie) udowadniający widzowi/słuchaczowi, że tylko i wyłącznie śmierć zmusi narratora do kategorycznego pożegnania się z Afryką. Jeden z komentarzy nieironicznie nazwał „Africę” najpiękniejszą piosenką miłosną kiedykolwiek napisaną. I chociaż możemy z tym polemizować, tak jest to tak plastycznie poprowadzona opowieść, że objawiająca się wśród słuchaczy miłość okazuje się być w pełni zrozumiała.

Popkulturowa rewelacja

Moją własną sympatię do „Africii” potęgują tworzone od serca covery, a także obserwowanie w jaki sposób wspomniany fandom ma się dobrze i powołuje nowych to członków z dnia na dzień. Fani walczą o pielęgnację pamięci, a także mocy sprawczej samego utworu. Gdy jakaś nowa wersja utworu jest warta zapamiętania, „Afrykarze” zrobią wszystko, by filmik wskoczył na pierwsze miejsce na kartach czasu. Jednakowoż, jeśli jakaś nowa odsłona okaże się „bluźnierstwem”, tysiące, wręcz miliony użytkowników wyrażą swój sprzeciw ogromną dawką pogardy. Tak było choćby przy tandetnym remixie Pitbulla, stworzonym na potrzeby filmu „Aquaman”. Łapki w dół i komentarze mówią same za siebie.

 

Szalonych filmików powiązanych z „Africą” znajdziemy na YouTube setki. Mamy przykładowo takie, które operują na różnorodnych gatunkach muzycznych.

Wersja metalowa:

 

Stylizacja na lata pięćdziesiąte:

 

„Africa” wyśpiewana jako niesamowity chorał:

 

Oprócz tego, Internet pełen będzie zwariowanych pomysłów związanych z odtwarzaniem samej „Africii”.

Jedzeniowy cover:

 

W stylu Vaporwave:

 

Volvo 240:

 

Polski cover:

 

„Africa” odtwarzana w nieskończoność na pustyni Namib:

 

Coś więcej niż zwykły utwór

Dwa najważniejsze dla społeczności filmy pozostawiłem na sam koniec, jako że stanowią bardzo wymowny metakomentarz i udowadniają, że „Africa” to coś więcej niż zwykły utwór. Na pierwszym z nich użytkownik Davie504 wybrał się do narodowego parku Serengeti, by tam zagrać swoją ukochaną piosenkę. Zatem wciela się on jakby w narratora samej „Africi”, wybierając się do miejsca, by następnie oddać mu przepiękny hołd. I choć czuć w tym marketingowy precedens, tak filmik stał się dość namacalną laurką miłosną dla całego Internetu.

 

Ostatni prezentowany przeze mnie cover to film pokazujący, w jaki sposób młodzieńcza kreatywność zostaje połączona z prawie czterdziestoletnią kompozycją.

 

„Africa by toto Acapella (full version)” jest wyrazem miłości nas wszystkich. Do utworu, który hucznie zrewolucjonował internetowy pogląd na muzykę, a także przyczynił się do rozwinięcia masywnej społeczności. Tylko ignorant usłyszy szept cichej konwersacji. My zawsze będziemy słyszeć wieczorny odgłos bębnów.

SŁUCHAJ ROCK RADIA